Gazeta Niedzielna

W pierwszym dniu nowego roku Południowa Afryka żegnała w Kapsztadzie swego narodowego bohatera. Zmarły w wieku 90 lat arcybiskup Desmond Tutu był dla swych rodaków w RPA moralną inspiracją w długich zmaganiach z apartheidem, a dla świata ich symbolem.  

Chociaż zarządzenia czasu epidemii ograniczyły do zaledwie stu liczbę obecnych w anglikańskiej katedrze św. Jerzego, która przez prawie ćwierć wieku była duchowym domem Arcybiskupa, jego pogrzeb był przejmującą demonstracją przeżywanych w jego mieście i kraju uczuć: przywiązania, miłości i wdzięczności. Za jego decydującą rolę w zwycięstwie nad systemem rasowego zniewolenia. Za to, że jego wytrwałość, mądrość i odwaga pomogły uniknąć rozlewu krwi. Prostota formy uroczystości na pewno szła w parze z jego osobowością. Sosnowa trumna, zgodnie z życzeniem Arcybiskupa „jak najskromniejsza”, a na niej tylko mała wiązanka goździków. Nad nią wyrażano hołd: duchowemu ojcu narodu RPA (prez. Cyril Ramaphosa), jego autentycznej wierze i wizji tego, jaka – wbrew uprzedzeniom – może być przyszłość kraju (bp Michael Nuttall, przyjaciel i bliski współpracownik), człowiekowi który od lat był nazywany sumieniem swego narodu.

Wyzwania i wybory

Desmond Mpilo Tutu miał 17 lat, gdy mniejszościowy rząd (wówczas Związku) Południowej Afryki, utworzonego w 1910 r. na gruncie byłych kolonii holenderskich i brytyjskich, wprowadził w 1948 r., system apartheidu, jako jeden z filarów ustroju. Było to zinstytucjonalizowanie segregacji rasowej według arbitralnego podziału ludności na 4 grupy etniczne, z tym że dyskryminował on najdotkliwiej czarną większość. W swych formatywnych latach Desmond poznawał niszczący wpływ tego systemu, sięgającego we wszystkie dziedziny życia: od edukacji i miejsca zamieszkania do najbardziej osobistych wyborów.

W dalszych latach, gdy świat post-kolonialny zrywał ze swą przeszłością, gdy kraje afrykańskie zdobywały niepodległość i wybierały rządy większości, rząd białych w Republice Południowej Afryki zaostrzał egzekwowanie apartheidu. Desmond, nastolatek wzrastający w ubogiej dzielnicy Johannesburga, wśród sąsiadów tej rasy co on, widział jak narasta wśród nich opór i gniew na krzywdy wpisane w prawo i na powszechne nadużycia władzy.  

Chciał zostać lekarzem, ale rodziny nie było stać na studia medyczne. Śladem swego ojca został nauczycielem i pracował w miejscowej szkole do czasu wprowadzenia przez władze nowego aktu segregacyjnego (Bantu Education Act 1953), który dla większości oznaczał zaniżenie poziomu nauczania. Młody Desmond Tutu stanął przed pierwszym w całej serii moralnych wyborów, które pojawiały się odtąd często i w zdumiewający sposób przemieniały, nie tylko jego życie. Porzucił pracę, w której nie mógł dać czarnym dzieciom standardu kształcenia dostępnego dla innych. Postanowił zostać księdzem. Dla Desmonda, wychowywanego od dzieciństwa w duchu i środowisku religijnym, silnym i bliskim wzorem wiary inspirującej życie był słynny pastor, późniejszy biskup, Trevor Huddleston, biały ewangeliczny radykał, duszpasterskim słowem i codzienną pracą walczący z ubóstwem i podziałami rasowymi, który opiekował się też Desmondem w chorobie (wczesna gruźlica). Najwyraźniej ten przykład wpłynął na jego decyzję wstąpienia do seminarium. W 1961 otrzymał święcenia kapłańskie. Miał 30 lat.

Przełożeni szybko docenili jego błyskotliwą inteligencję i duszpasterską gorliwość, wysyłając go na dalsze studia do Londynu (Kings College) i praktykę w parafiach angielskich. Jako biskup nieraz wspominał te cztery lata nowych dla niego doświadczeń życia w wielorasowym społeczeństwie ludzi równych w swych prawach. Powrót do RPA przyniósł nowe tempo pracy: wykładał w prestiżowym seminarium, był kapelanem na uniwersytecie Fort Hare, gdzie studiował kiedyś Nelson Mandela i inni późniejsi przywódcy afrykańskiego ruchu wyzwolenia, następnie wykładowcą akademickim w sąsiednim Lesoto. Podróżował wiele po Afryce jako regionalny przedstawiciel Światowej Rady Kościołów; w 1975 r. mianowany (pierwszym czarnym) dziekanem katedry anglikańskiej w Johannesburgu, rok później biskupem w Lesoto, a wkrótce sekretarzem generalnym Południowoafrykańskiej Rady Kościołów. Otwarło to przed nim nowe pola działania.

Głos sprzeciwu

Krwawe wydarzenia 1967 roku, nazwane powstaniem w Soweto, ogromnym osiedlu czarnej ludności na przedmieściu Johannesburga, były nowym punktem zwrotnym w walce z apartheidem. Na falę demonstracji dziesiątków tysięcy młodzieży sprzeciwiającej się narzucaniu w ich szkołach nauki w języku afrykanerskim, utożsamianym z opresją i rządami Burów, władze odpowiedziały argumentem brutalnej siły. Z rąk policji zginęło oficjalnie 176, a według niezależnych źródeł setki uczniów i studentów. Wzrastała temperatura konfrontacji.

Biskup Tutu poparł protesty przeciwko zapalnej decyzji edukacyjnej i brutalności policji. Podnosił na duchu uczestników, nieraz maszerując na ich czele. Prowadził pogrzeby zabitych. Ale równie dobitnie apelował o spokój, starał się powstrzymywać akty odwetu. Jednocześnie w głośnym liście otwartym do premiera Johna Vorstera wezwał władze do niezwłocznych “drastycznych kroków” by zapobiec rozlewowi krwi i powstrzymać spiralę gwałtownych wydarzeń, które w tym tempie niemal nieuchronnie wymkną się kontroli. Wśród tych koniecznych kroków władz wymienił uznanie szeregu podstawowych praw obywatelskich, odmawianych większości mieszkańców kraju. Nie było odpowiedzi na ten list, ale biskup Tutu ustawicznie ponawiał apele. Na pogrzebie zabitego przez policję działacza antyapartheidowego, Stevena Biko (1977) wzywał do modlitwy za rządzących i za funkcjonariuszy sił bezpieczeństwa, “by zrozumieli, że i oni sami są też ludźmi”.

Nelson Mandela i inni przywódcy zdelegalizowanego Afrykańskiego Kongresu Narodowego przebywali wtedy, od lat, w więzieniu lub poza krajem. Biskup Tutu był jedyną natychmiast rozpoznawalną osobistością swej rasy publicznie rzucającą wyzwanie apartheidowi. Tę rolę naturalnego, opatrznościowego przywódcy oporu wobec systemu władzy pełnił przez następne 15 lat, do chwili zwolnienia Mandeli z więzienia. Był “głosem pozbawionej głosu większości”. Szedł z tym stały wzrost jego autorytetu moralnego.

Pomimo tego stopnia zaangażowania, nie był na pewno aktywistą politycznym w sutannie, w stylu duchownych idących drogą teologii wyzwolenia, mającej wielu wyznawców w Ameryce Łacińskiej i Afryce. Rozumiał ich dobrze, bo sam był przekonany, że Kościoły muszą na pierwszym planie swej misji stawiać solidarność z ubogimi i prześladowanymi, ale jego radykalizm był odmienny. Odcinał się od motywacji marksistowskiej i komunistycznej ideologii walki, stale przenikającej do ruchu oporu w Południowej Afryce. Ta jego droga była trudna, często niebezpieczna: z jednej strony był stałym celem ataków rządowej propagandy, kampanii nienawiści w posłusznych mediach, nieraz szykanowanym przez policję, mimo swego oczywistego patriotyzmu piętnowanym przez arcyprzeciwnika, prez. PW Bothę jako “wróg publiczny numer jeden”. Z drugiej strony nieustępliwość władz i ekscesy sił bezpieczeństwa stale napędzały Kongresowi Narodowemu ANC rekrutów, coraz radykalniejszych, niecierpliwych, rwących się do walki, coraz mniej gotowych słuchać wezwań do umiaru, do odrzucenia odwetu i krwawych rozwiązań. Ci którzy uważali je za nieuniknione, zbywali strategię biskupa, jako pacyfistyczną i nieadekwatną. Dla niego jednak inna droga była nie do przyjęcia. 

Moc wiary

Nazywany był gigantem wiary, bo wiara chrześcijańska była w jego życiu siłą nośną, uzasadnieniem i motorem wszystkich jego działań. Przekonanie, że wiara może przemieniać ludzi, także w życiu publicznym, było punktem wyjścia jego pokojowej misji. Podobnie jak troska społeczna, tak i odrzucenie nienawiści i przemocy było po prostu ewangelicznym nakazem. Niewątpliwie należał do tych, którzy głęboko wierzą, że zło, sycone przemocą, można przezwyciężyć jedynie dobrem.

Najwyraźniej modlitwa, wypełniająca zwykłe pory jego dnia jak i spontaniczna, dyktowana potrzebą chwili, była dla niego źródłem siły. Biskup Nuttall, przez lata jego najbliższy współpracownik, przypomniał w pogrzebowej homilii, że arcybiskup modlił się nie tylko w kościołach i kaplicach, ale właściwie wszędzie, często na linii telefonicznej z kimś kto szczególnie potrzebował duchowej pomocy. Znajdował też czas na regularne studiowanie Pisma świętego. Wielu rodaków widziało w nim proroka, którego dał im Bóg, by przeprowadzić ich przez ciemną dolinę rozdartego konfliktami kraju.

Obecny arcybiskup Kapsztadu Thabo Makgoba podkreślał moralną siłę i odwagę swego poprzednika jak i klarowność jego przekazu. Dotyczyło to oczywiście moralności w polityce. Gdy na Zachodzie, jeszcze w latach 1970., nawet wśród liberałów, nazywano apartheid „anachronizmem” (który, w domyśle, na pewnym etapie po prostu musi zniknąć), biskup Tutu jednoznacznie piętnował go jako moralne zło, które deformuje życie – nie tylko ofiar systemu, ale i sprawców i tych którzy wolą milczeć, uciekając od etycznych wyborów. –„Jeśli zachowujecie  milczenie w obliczu opresji – mówił – stajecie tym samym po stronie prześladowców.” Porównywał apartheid do hitleryzmu. Odpowiedzą miała być szeroka, społeczna akcja oporu, i konieczne włączenie w tę antyapartheidową dynamikę wszystkich grup etnicznych w kraju, zwłaszcza, jak najszerzej, białej społeczności, niewielkiej liczebnie (wówczas poniżej 20 procent), lecz mającej największe możliwości działania. Przekonanie jej, że zło moralne jest także politycznie nie do utrzymania. Nie wykluczał z tych apeli nawet sprawców ucisku; kiedyś przed kordonem policji wołał: „wybierajcie stronę, która zwycięży, wybierajcie, póki czas”. Wyzwał do modlitwy za prześladujących. 

Na tej drodze biskup Tutu znajdował silne poparcie w Kościołach – katolickim i metodystycznym, których duchowni i przedtem wyrażali doktrynalny sprzeciw wobec apartheidu i innych form dyskryminacji. (Tylko powiązany z establishmentem Holenderski Kościół Reformawany starał się godzić status quo ze swym nauczaniem). Miejscowy Kościół katolicki protestował szczególnie przeciw akcjom przesiedlania czarnej ludności do wyznaczanych im rejonów osiedlenia, jako pogwałceniom podstawowych praw człowieka. Przeciwko dyskryminacji rasowej występowali też papieże – Paweł VI a zwłaszcza, wielokrotnie, Jan Paweł II, który piętnował ją jako „plagę, która nadal szpeci i zniekształca nasz wiek”. Wspólnym, ekumenicznym wysiłkiem Południowoafrykańska Rada Kościołów i Konferencja Katolickiego Episkopatu Płd. Afryki podjęły (w 1984 r.) zwróconą na społeczeństwa i światowe organizacje akcję informacyjną o destruktywnych skutkach apartheidu. Jako sekretarz generalny Południwoafrykańskiej Rady Kościołów biskup Tutu parokrotnie spotkał się z papieżem Janem Pawłem II.

Krucjata sprawiedliwości

Biskup Tutu był przekonany, że dla skuteczności pokojowej akcji oporu w kraju konieczne jest szerokie, zdecydowane poparcie w świecie.  Wyrażane nie tylko jasnymi politycznymi deklaracjami, ale przede wszystkim w sposób najboleśniejszy dla rządzących Południową Afryką. Chodziło o międzynarodowy bojkot reżymu RPA, o presje polityczne, embargo na dostawy broni, a zwłaszcza o sankcje gospodarcze i o wycofywanie inwestycji zachodnich z firm i projektów południowo-afrykańskich.  Tu jednak rozchodziły się drogi nawet wśród antyapartheidowej opozycji. Gdy jego krytycy, w RPA i na Zachodzie, perswadowali że przecież sankcje gospodarcze najdotkliwiej uderzą właśnie w najbiedniejszych, więc w czarną ludność, biskup odpowiadał, że wie o tym dobrze. Ale że ci właśnie ludzie nie mogą już cierpieć bardziej niż cierpią teraz. Że gotowi są na dalsze poświęcenia i na ból teraz, w imię przemian, które trwale odmienia ich los. Swym krytykom mówił: jeśli znajdziecie inną, pokojową strategię zakończenia apartheidu, przestanę opowiadać się za sankcjami.   

Reakcje polityczne na te apele biskupa były początkowo dość mieszane. Południowa Afryka, ze swymi ogromnymi zasobami naturalnymi, położeniem strategicznym, zaplecyem finansowym i powiązaniami gospodarczymi z Europą i Ameryką, była dla Zachodu – zwłaszcza w świecie podzielonym zimną wojną – potencjalnym sojusznikiem w Afryce. Pomimo rosnącej międzynarodowej krytyki apartheidu i świadomości że jest to system nie do utrzymania, niektórzy przywódcy zachodni obawiali sie, że ostre sankcje wobec Pretorii mogą doprowadzić do załamania gospodarczego i wybuchu społecznego, który popchnie RPA w orbitę komunistyczną. Biskup Tutu, wprost przeciwnie, uważał że odkładanie nieuchronnego rozwiązania zwiększa tylko groźbę krwawego wybuchu o nie przewidywalnych skutkach. Rządom zachodnim zarzucał chwiejność w kwestii sankcji, krytykował szczególnie prezydenta Reagana i premier Thatcher za politykę tzw. konstruktywnego współdziałania (constructive engagement) z rządem RPA, jego zdaniem naganną i katastrofalną. Przemawiał na uniwersytetach i w ONZ. 

Podziw świata

Nagroda pokojowa Nobla, którą Desmond Tutu otrzymał w 1984 roku, była ostateczną mędzynarodową afirmacją jego kampanii na rzecz przemian bez użycia przemocy, i jego osobistych osiagnięć w łagodzeniu konfliktów. Otworzyła mu wiele drzwi dotąd tylko uchylonych. Wiele podróżował, spotykał się ze światowmi przywódcami, apelował do ich politycznego rozsądku i do sumień ich wyborców.  Nie pozwalał zapomnieć o palącej potrzebie sprawiedliwego rozwiązania w kraju, który był dla nich ważnym a potencjalnie jeszcze ważniejszym partnerem gospodarczym. 

Choć misję tę prowadził, przynajmniej na tym poziomie, nadal prawie w pojedynkę – Nelson Mandela wyszedł na wolność dopiero sześć lat późnej – osiągał w niej kolejne, politycznie wymierne sukcesy. Wśród nich to, że pod wpływem jego apeli Kongres Stanów Zjednoczonych przełamał opór prezydenta Reagana i uchwalił sankcje gospodarcze wobec RPA, oraz że szereg zachodnich firm wycofało się z planów inwestycyjnych w tym kraju.

Ta siła oddziaływania była sumą jego niecodziennych osobistych atutów: inspirująca wiara, klarowność wizji życia społecznego i ogromna charyzma szły w parze z mistrzostwem przekazu. Świetny orator, przemawiał też bardzo często siłą gestu, a szczególnie swym wielkim darem empatii ze słuchaczami. Przyciągał tak powagą autorytetu, jak i bezpośredniością stylu, wyjątkową nawet w szybko zrywającym z formalnością środowisku anglikańskim. Jego żywiołowe poczucie humoru ustawicznie dodawało podopiecznym otuchy w trudnych chwilach i potrafiło też wytrącać przeciwnikom broń z ręki. 

Nie krył swych emocji i otwierały one płaszczyzny porozumienia i interakcji. „Chciałbym – mówił kiedyś – żeby pamiętano mnie jako człowieka, który kochał, śmiał się i płakał…”  Świadkowie jego publicznych interwencji byli często zdumieni ogromem energii jaka emanowała z jego niewielkiej fizycznie i jak się niekiedy wydawało – kruchej postaci. Także energii, jaką wyzwalał wśród słuchaczy.  W oczach swych rodaków, a także światowych środków przekazu, był jedną z najbardziej charyzmatycznych postaci naszych czasów.

To on ukuł dewizę „Tęczowego Ludu”, która obiegła świat, uwieczniona w wielobarwnej nowej fladze Republiki Południowej Afryki. W przełomowych dla kraju latach była ona wizją i programem jedności w różnorodności ras. „Jesteśmy tęczowym ludem Bożym – mówił – i wspólnie, czarni i biali, maszerujemy do wolności”. 

Jak większość anglikańskich duchownych, Desmond Tutu był żonaty i Leah Tutu przez 65 lat małżeństwa niezawodnie, wytrwale, wspierała wszystkie jego działania swą pracą, radą i także swoją wiarą. Zaprzyjaźnili się jeszcze na studiach, później pracowali razem jako nauczyciele. Anglikanin i katoliczka, wzięli ślub w katolickim kościele w Johannesburgu zanim Desmond wybrał kapłaństwo. Dla księdza Tutu, który sam wzrastał w klimacie wielowyznaniowej religijności, który później umacniał go swą pracą jako sekretarz generalny Rady Kościołów, ekumenizm miał też podstawowy wymiar rodzinny. Ten „kościół domowy”, w którym religijność Leah odgrywała istotną rolę, był dla nich istotnym oparciem, a dla innych w ich środowisku wzorem ekumenizmu, budującego na tym, co wspólne w wierze. I w tym otoczeniu wzrastała czwórka ich dzieci.  

Więcej niż polityka

W 1985 roku Desmond Tutu został wybrany biskupem Johannesburga, a w 1986 arcybiskupem Kapsztadu (Cape Town), czyli prymasem Kościoła anglikańskiego w Płd. Afryce, w ogromnej większości zrzeszającym czarnych mieszkańców. I znów – na jednym i drugim stanowisku – był po raz pierwszy w historii jednym z nich. Zwłaszcza ten drugi wybór stanowił pieczęć aprobaty jego Kościoła dla kierunku, który jako biskup nadawał swej wspólnocie. Miało to oczywiste konsekwencje duszpasterskie: należącym do niej wiernym trudno było już unikać podejmowania zasadniczych decyzji moralnych.  A obecność duchowego zwierzchnika światowej Wspólnoty Anglikańskiej, arcybiskupa Canterbury, Roberta Runcie na arcypasterskiej intronizacji Desmonda Tutu w Kapsztadzie, mówiła wyraźnie, że ta aprobata ma jeszcze szerszy wymiar.

Następne lata okazały się decydujące dla losów Płd. Afryki. Przełom lat 1990-94, zapoczątkowany  zwolnieniem Nelsona Mandeli z 27-letniego więzienia i kolejnymi ustępstwami ostatniego przywódcy „ery Burów”, późniejszego współ-noblisty, prez. Frederika de Klerka, które ostatecznie podcięły strukturę rządów białej mniejszości, przyniósł – po raz pierwszy w RPA –  wybory, w których głosowali na równi ludzie wszystkich ras, lawinowe zwycięstwo przywódcy Afrykańskiego Kongresu Narodowego, oraz większościowy rząd i parlament odzwierciedlający mozaikę etniczną kraju. Śpiewana w pięciu afrykańskich językach pieśń religijna Nkosi Sikelel’ iAfrika, Panie, błogosław Afrykę, stała się nowym hymnem narodowym.

Te przemiany wyzwoliły falę optymizmu, nowe energie i oczekiwania. Gdy jednak minęły pierwsze uniesienia zwycięstwem nad apartheidem, stawało się jasne, że zaleczenie ran przewlekłych konfliktów i powstrzymanie dalszych pęknięć wymagać będzie rzeczywiście wspólnego wysiłku ludzi, którzy dotąd stali po przeciwnych stronach. Dochodziły do tego coraz liczniejsze, bieżące problemy – administracyjne i społeczne. To wyznaczyło priorytety nowego etapu misji arcybiskupa Tutu. “Potrzebowaliśmy kogoś, kto potrafi nas uleczyć – mówił jego bliski współpracownik, biskup Peter Storey, były przewodniczący Południowoafrykańskiej Rady Kościołów – Desmond Tutu został naszym narodowym duszpasterzem, który pomógł nam iść drogą prowadzącą do wyleczenia”. 

Na prośbę prezydenta Mandeli arcybiskup objął przewodnictwo utworzonej przez niego Komisji Prawdy i Pojednania. Nie była to komisja śledcza, ani trybunał lustracyjny. Jej pionierska rola zakładała dobrowolność. Komisja nie mogła zmuszać nikogo do składania zeznań, ale dawała tym, którzy chcieli z niej skorzystać, możliwość publicznego wyznania swych win czasu apartheidu, nawet najcięższych, w imię rzetelnego rozliczenia z przeszłością i wyrażenia skruchy, z nadzieją przebaczenia. W latach 1995-98 komisja przeprowadziła setki otwartych przesłuchań na terenie kraju. Często miały one dramatyczny przebieg: zeznawali biali i czarni, sprawcy jak i ofiary nadużyć władzy i aktów przemocy. Arcybiskup czasem publicznie płakał, słuchając świadectw tragicznych wydarzeń. Mówił później, że przewodniczenie tej komisji było najcięższą pracą jego życia. Wiadomo że wielu, i ze strony dawnego aparatu władzy i rewolucyjnych bojówek, wbrew oczekiwaniom a nawet apelom, nie stanęło przed komisją, i że niektóre zeznania bywały niepełne czy nieszczere. Arcybiskup bronił jednak swej dewizy, że nie ma przyszłości bez przebaczenia. Dziś nie ma wątpliwości, że praca Komisji Prawdy i Pojednania była istotnym elementem trudnego procesu pojednania w post-apartheidowej RPA. 

“Tęczowy Lud” wyniósł Desmonda Tutu i Nelsona Mandelę na bliźniaczy postument patriotyzmu, charyzmy i humanizmu. Pomimo różnicy wieku, odmienności światopoglądu i strategii działania, połączyła ich najpierw – silniejsza od innych względów – wspólnota celu. Później, w krytycznych latach przemian także bliska współpraca, wzajemny szacunek i oczywista przyjaźń. Obaj nobliści byli dla swych rodaków, i pewnie nie tylko, znakiem nadziei i rękojmią zaufania do transformacji kraju.

Inaczej jednak ułożyły się stosunki z następcami prezydenta Mandeli: Thabo Mbekim i Jacobem Zumą, oraz establishmentem Kongresu Narodowego. Trzydzieści lat wcześniej Desmond Tutu dystansował się od rewolucyjnej ideologii Kongresu ANC. Teraz chodziło nie o ideologię, lecz bieżącą politykę. Arcybiskup przyznawał, że Kongres był awangardą w latach zmagań o wolność, ale wyliczał jego niedociągnięcia jako rządzącej partii politycznej. Zarzucał jej zaniedbania palących problemów społecznych takich jak rażące dysproporcje majątkowe i bezrobocie. Najostrzej krytykował korupcję politycznych elit i ich pogoń za pieniądzem. Ze smutkiem mówił o marnowaniu szans, jakie przyniosło wyzwolenie społeczne. Rząd prez. Zumy usiłował ignorować tę krytykę, nawet marginalizować arcybiskupa. Najjaskrawszym i niemal niewyobrażalnym przykładem była próba uniemożliwienia mu udziału w uroczystości pogrzebowej Nelsona Mandeli w 2013 r. 

Arcybiskup nie przestał reagować na wydarzenia w swym kraju, ale z czasem jego wystąpienia były coraz rzadsze. Nieraz zapowiadał wycofanie się z życia publicznego. Mówił, że chce mieć więcej czasu na czytanie, pisanie i modlitwę. Na kościelną emeryturę przeszedł w wieku 79 lat, przekazując swemu następcy archidiecezję kapsztadzką w 2010 roku. Stale jednak pojawiały się sprawy wymagające jego pomocy. Rozwijał też swą światową misję pokoju. Był głosem sumienia wśród konfliktów w bliskich i dalekich krajach.  Jako jeden z nielicznych prominentów w Afryce krytykował represyjne rządy prezydenta Zimbabwe, Mugabe. Potępiał między innymi interwencję zbrojną w Iraku, izraelską politykę wobec Palestyńczyków i uznanie przez administrację prezydenta Trumpa zapalnej – jak mówił – decyzji przeniesienia stolicy do Jerozolimy. Wspierał pokojową misję Dalaj Lamy. Apelował o skuteczniejszą ochronę środowiska naturalnego. W 2013 otrzymał w Londynie prestiżową Nagrodę Templetona za krzewienie całym życiem wartości miłości i przebaczenia, niosących wyzwolenie ludziom świata. 

W depeszy kondolencyjnej papież Franciszek nazwał Arcybiskupa Tutu Sługą Ewangelii.

Historia tej misji Desmonda Tutu najwyraźniej przemawia do świata i po jego śmierci. Pokazuje ona, że zwycięskie starcie Dawida z Goliatem jest możliwe i w naszych czasach.  Oto człowiek rozporządzający jedynie siłą ducha, uzbrojony tylko tym, co dała mu wiara, podjął w dobrej sprawie wyzwanie potężnego przeciwnika, dysponującego brutalną siłą i wszelkimi środkami państwowego przymusu. I człowiek ducha zwyciężył.

Dla tych, którzy w podobnej sytuacji mogą oceniać szanse duchowych zwycięstw nad przemocą, jest to, i na pewno będzie, świadomość dodająca otuchy w zmaganiach.

Wojciech Płazak



Fundacja Veritas

Historia fundacji

Księgarnia Veritas

Przejdź do księgarni

Artykuły


Myśl tygodnia

ZOBACZYLI MARYJĘ

Wierzyć w Boga to znaczy zawierzyć i człowiekowi. Zaufać Bogu to znaczy zaufać i człowiekowi. Kochać Boga to znaczy kochać i człowieka. Jakże więc w Nią nie wierzyć, nie ufać Jej, nie kochać takiego Człowieka jak Ona.

z: Ks. Mieczysław Maliński, Wszystkie nasze dzienne sprawy, Veritas 1978, ilustr. A. Głuszyński